Śmierć opiekuna to straszna rzecz. Jeszcze straszniejsza, kiedy nie zabiera cię żadna rodzina, ktoś znajomy, ktoś kogo znasz i mu ufasz, tylko trafiasz do schroniska. Do miejsca obcego, dziwnego, przerażającego. Do miejsca gdzie otaczają cię zupełnie nowe dźwięki i zapachy. To wszystko sprawia, że chcesz się ukryć, uciec, zniknąć. Nie rozumiesz jak to się stało, że jeszcze chwilę temu miałeś swój dom, swoją miseczkę, kanapę, ulubione miejsce do leżenia. Jeszcze przed chwilą żyłeś w miejscu, które znałeś i kochałeś, które całe przesiąknięte było tobą, a teraz jesteś tu, w zimnej, obcej klatce. Jeszcze wczoraj miałeś swojego człowieka, a teraz go nie ma. Jak to? To niemożliwe. To właśnie spotkało Avatara. Śmierć opiekuna. Najgorsze co kotu może się trafić. Ale Avatar okazał się dzielnym kotem. Przez kilka dni był schowany, wycofany, wystraszony, ale potem powoli zaczął się otwierać. Coraz odważniej wychodził z posłanka. Obwąchiwał ręce, potem podstawiał główkę do głaskania i tak, małymi kroczkami, totalnie wyluzował i nam zaufał. Kiedy już to się stało okazało się, że na łapce ma narośl, która musiała zostać usunięta razem z paluszkiem. Avatar jest cudownym, wyluzowanym i… bardzo gadatliwym kotem. Kocha człowieka, kocha mizianie i wszelkie pieszczoty. Avatar szuka kochającego domu, który da mu miłość i szczęście.